Wiersz powstały po medytacji chrześcijańskiej — po 5 minutach adoracji w kaplicy w Łagiewnikach
Już późno, Boże.
Tak życiowo i zegarowo…
no…
a Bóg czeka.
I piękno płynące od Niego,
płynące w przestrzeni dźwięku,
muzyki, fotografii, przyrody, natury,
no czasem i w jodze nawet…
No i co?
Że Bóg i medytacja w Nim
jest nadzieją płynącą
wśród bezkresnych fal oceanów.
No i co teraz, Sabina?
Śpij spokojnie i łagodnie,
kołysząc się na fali błękitnej,
cichej jak szmaragd,
jak cień,
jak połysk,
jak sekret,
jak dźwięk bez dźwięku,
jak szum bez szumu i szelestu…
Jak połysk,
jak cichy niebieski deszcz,
jak dłoń,
jak szept,
jak brzeg,
jak liść,
jak fala,
jak morze,
jak kropla,
jak łza,
jak słońce,
jak Jego dotyk…
Jak cisza,
jak brzdęk,
jak dźwięk,
jak noc,
jak cień,
jak fala,
jak brzdęk,
jak cień,
jak promień,
jak obłok,
jak chmura,
jak szept,
jak lis, który mknie do góry,
jeszcze wyżej i wyżej,
jeszcze hop, hen tam w górę,
tam w chmurę,
tam w Nieboskłon wysoko,
ale jeszcze bliżej,
ciut dalej, ciut dalej
i dalej, i dalej…
A może bliżej,
bliżej,
bliżej,
bliżej.
To tu, to tam —
dźwięk fal i fal, i fal, i fal,
i płynącej kropli nadziei,
miłości, radości,
trwania i wyrywania,
otchłani i przestrzeni,
i radości płynącej z ciemności ku wolności,
ku Rajowi,
ku Zachodowi…
A może ku Wschodowi?
Nie wiem…
No bo co?
Nic i nic, i nic.
I ten dźwięk,
i szum fal,
i śpiew ptaków
jak ziemski Raj.
Tu mi daj,
o słodki Boże,
w smutku i w trwodze,
a może i też w jodze…
W zatrzymaniu,
w oddechu płynącym z wydechu,
z wdechu,
z wydechu…
Z krainy mórz,
jak lekki mróz,
jak ptak i jak wiatr,
jak szum,
jak rum,
jak szum i wino,
niebieski dźwięk i brzdęk,
jak szum i szum, i szum,
i szmer,
i szelest,
i odgłos,
i rozgłos,
i raz, i dwa, i trzy —
tak po nic…
No na wiatr,
ten oto świat,
i ten oto ptak,
i ten liść,
i ten Patryk,
i ten dźwięk,
i ten wdech,
i ten wdech,
i ten szmer,
i ten wdech,
no i wydech…
Cóż Ci brak?
No chyba nic.
I nic, i nic, i nic,
i nic, i nic, i nic,
i nic,
nic
i ciągle nic.
I tak ma być.
Niech nadzieja trwa,
i trwa,
i trwa,
i trwa,
i trwa.
Niech miłość trwa,
trwa i trwa.
Niech miłość trwa,
i trwa,
i trwa,
aż po bezkres,
aż po sen,
i sen,
i sen,
i sen…
No i nie ma jak medytacja maranatha,
aramejska,
czyli Jezusowa.
I to tak stricte —
ta maranatha
to jak powitanie słońca,
jak brzdęk,
jak dźwięk,
jak szmer,
jak odlot,
jak ład.
Och…
jaki piękny byłby ten świat.
Bo tak się witali starożytni chrześcijanie.
No i był ład,
i był ład,
i był świat,
była radość,
był pokój,
i był spokój,
była harmonia
i symfonia…
Był tam Jezus.
I jakby nie On,
to świat by dawno upadł.
Był na krawędzi.
Teraz i taki moment,
i nadzieja tylko przez Jego ludzi.
Czasem zgarnia innych
jak rybaków do łodzi…
No a port gdzie?
No w wieczności,
w radości,
w młodości,
no i w tej Jego miłości…
No a port gdzie?
No w wieczności
i w Niebie,
dobry cumelek…
Tylko rybaków mało.
Oj, mało i mało.
No to do dzieła
i do łodzi,
na szerokie fale,
he, he, he…
Bo przyszłość
to tu i teraz.
No la, la, la,
mydełko fa,
się na da,
tra la, la…
Niech nadzieja trwa.
I jak tu być spokojnym
przed Twoim widokiem?
No bo przed Tobą
to ja se mogę pstro
i iść co najwyżej do bistro,
po pomidory na patyku
i po talerz deserowy,
stary, ale jary.
No ale czad.
I niech się o Nim dowie Świat.
Oj tak!
Adoracja — Jezus
Cześć, Jezu!!! 🙂
Jak Cię miło widzieć ponownie
i tak blisko.
Puk, puk…
czy użyczysz choć trochę
Twego dobrego, kochanego Majestatu?
Och, Jezu!
Hello, bonjour, ciao, guten Tag,
słów mi brak…
no witam Cię ponownie!
Brakowało mi Ciebie,
Twojego widoku,
Twojego uroku,
bo Ty wyciągasz ludzi z mroku!
Z ciemności do jasności,
z otchłani mroku
w większą otchłań widoku,
z krawędzi smutku,
z krawędzi nicości
do ramion światła,
nadziei,
prawdy,
wolności
i radości.
To taki mój skromny wstęp
na powitanie Twojego cudownego,
wspaniałego,
ogromnego,
najpopularniejszego Majestatu.
Hello, hello, Jezu, jak tam?
No powiem Ci,
że po Komunii Świętej
super się czuję.
Trochę tak, jakby puszczało,
no czuję się lepiej,
bardziej wyzwolona
i radosna.
Teraz aktualnie
szczęka mi się nie zamyka z uśmiechu.
Ale jaja, co nie?
A Ty jak tam w niebiosach?
Ja Ciebie podziwiam,
że Ty patrzysz na ten świat,
czyli tak na serio
na bandę kretynów
w porównaniu do Ciebie
i Twojego Majestatu,
no i Twojego Ojca Niebieskiego,
oraz całej zgrai aniołów
i fruwających istot świetlistych
tu i ówdzie
w niebieskiej przestrzeni odlotów,
fajerwerków
i petard latających,
wystrzelonych tuż z niebios
w stronę ziemi.
No niezły strzał,
powiem Ci, Jezu.
Ja bym nie miała
takiej odwagi i brawury,
serio!
Jest to strzał w niepewne,
w nieznane pole
i o nieznanym natężeniu odzewu
w Twoją stronę,
bez gwarancji zwrotu nabojów,
a tym bardziej zwrotu kosztów za usługę,
a tym bardziej za zlecenie stałe.
No ja bym miała wielkie obawy —
serio!
Ale Ty jesteś wielki
i nic dla Ciebie nie jest straszne.
Nawet zamiecie czy potopy,
nawet huragany,
tornada i zawieruchy —
wszystko to i tak
z tego ziemskiego bałaganu,
bo tylko porządek jest w Niebie!
Nie ma takiej harmonii
nigdzie we wszechświecie.
Nie ma
i nie będzie!
Ok, tra la la la,
się na da,
mydełko fa,
och la la la,
niech przygoda trwa i trwa.
No tra la la la,
youhu,
u sru tu tu,
tra la la,
niech przygoda trwa,
comme ci, comme ça.
Ufam Tobie, Jezu.
Jezu, ufam Tobie.
Słów mi brak,
ja Ciebie kocham
i tak czy siak!
Kocham, kochany Jezusie!
Tatusiu, super bowl nad głową!
Normalnie jesteś kunsztem,
arcydziełem,
miłością,
radością,
schronieniem,
uwielbieniem,
tańcem wszechświata,
słońcem i niebem.
Miłością,
radością,
przepięknym darem
oraz cudownością.
Schronieniem,
uwielbieniem,
tańcem i wiatrem,
harfą i cytrą,
klarnetem.
Po prostu najlepszym
instrumentalnym fotografem
świata
i wszechświata.
I jeszcze raz —
przepiękną, cudowną,
niebieską dobrocią,
miłością,
której nikt nie da.
Tylko Ty jesteś Panem
of the town!
Kocham,
kocham,
kocham Ciebie.
Tutaj,
w Niebie,
chroń nas!
W Tobie mam zaufanie.
Jesteś superior.
Kocham!